Część III
- Annabella! Do diabła, zabierz tego przeklętego ptaka! Piskliwy, nieco przerażony kobiecy głos wyrwał dziewczynę z zamyślenia.
Ana siedziała na barierce werandy z twarzą przysłoniętą czapeczką z daszkiem. W ręce ściskała jakąś poplamioną kartkę. W pierwszej chwili nie zareagowała na krzyki, pogrążona w analizie małych, koślawych literek, dopiero po chwili dotarło do niej, że to ona jest adresatką wrzasków. Zeskoczyła pospiesznie z balustrady, po czym starannie złożyła pognieciony kawałek papieru, który męczyła już od jakiejś godziny. Schowała go do kieszeni spodni, a w myślach jeszcze raz powtórzyła wszystkie nazwiska i daty, których się uczyła.
- Annabella! Rozhisteryzowana kobieta nie dawała za wygraną. Pospiesz się!
Ana westchnęła i pokręciła głową. Wbiegła do domu i, dopadłszy starych dębowych schodów, pognała na piętro. Widok, który ukazał się jej oczom był co najmniej zabawny. Omal nie parsknęła śmiechem, widząc swoją, jak dotąd piękną macochę, która rozhisteryzowana podskakiwała w oku okna.
- To tylko sowa powiedziała Annabella, tłumiąc atak śmiechu.
Kobieta posłała jej przeszywające, wściekłe spojrzenie. Trzęsącą się dłonią założyła kosmyki blond włosów za ucho i w nerwowym geście wydęła swoje ciemnoróżowe, pełne usta. Ana starała się na nią nie patrzeć. Zazdrościła jej praktycznie każdego kawałka ciała.
- Zabierz stąd tego przeklętego ptaka! krzyknęła kobieta, celując palcami w okno i siedzącą za nim śliczną białą sowę, która niecierpliwie skrobała i uderzała dziobem w szybę. Wiesz, że nie lubię jak coś przeszkadza mi w pracy!
Ana przewróciła oczami z irytacją. A, przepraszam bardzo, kto lubi? pomyślała.
Annabella czasami sądziła, że jej ojciec, szukając sobie nowej małżonki, dokonał jakiejś straszliwej pomyłki, decydując się na o żonek z tą kobietą. Margaret Owens bo tak nazywała się ów długonoga blondynka była ładna, nawet bystra i całkiem zaradna, ale jej mugolskie pochodzenie sprawiało, że pasowała do ich rodziny jak klucz do drzwi bez zamka. A Ana, no cóż, obwiniała tę kobietę o to, że jej wspaniały magiczny dom zmienił się w kolejną nudną, nowobogacką rezydencję. Za panowania Margaret, trzy skrzaty domowe które u nich pracowały, zostały odesłane do krewnych. Wszelkie magiczne przedmioty i książki traktujące ten temat trafiły do piwnicy i były trzymane pod kluczem. Ostatecznie, jakieś kilka miesięcy temu, ojciec odebrał Anie różdżkę, tłumacząc koślawo, że Margaret nie czuje się pewnie w towarzystwie uzbrojonej pasierbicy.
No tak, jakby się odważyła rzucić w tę kobietę jakimkolwiek zaklęciem
Dziadkom Any, a szczególnie tym ze strony matki, nie podobał się taki obrót sprawy. Swego czasu usiłowali przekonać dziesięcioletnią Annabellę, by zamieszkała z nimi, ale była ona wówczas małą, przestraszoną dziewczynką, a jej dziadkowie najzwyczajniej w świecie ją przerażali. Teraz dorosła już na tyle, by wiedzieć dlaczego. Kiedy Czarny Pan był potęgą, jej dziadkowie należeli do jego zwolenników; a teraz ciotka Arletta i wuj Malcolm odsiadywali w Azkabanie wyrok za należenie do śmierciożerców. Wyglądałoby na to, że tylko matka Any uchowała się w tej rodzinie nic bardziej mylnego. Cissil Carrington nie należała, co prawda, do śmierciożerców, ale popierała idee przez nich głoszone. Nawet po upadku Czarnego Pana. Teraz, kiedy Ana wytężała pamięć, była w stanie sobie przypomnieć, gdy matka mówiła jej, jak ważna jest czystość krwi oraz które rodziny są gorsze i dlaczego
Niemniej jednak, nie taki obraz matki Annbella chciała zachować. Przed oczami miała ciągle jej piękną, uśmiechniętą i otoczoną ciemnymi włosami twarz. W gruncie rzeczy, jej matka była dobrą kobietą. Chociaż czasami Ana bała się, że zaszczepiła ona w niej ziarenko, swoich przekonań szczególnie w takich momentach jak ten, gdy miała szczerze dosyć swojej niemagicznej macochy.
Annabella bez słowa podeszła do okna, pociągnęła za mosiężną, zdobioną klamkę i wpuściła sowę do środka. Margaret krzyknęła z przerażenia. Ptak przez chwilę fruwał po całym pokoju, przyprawiając kobietę o palpitacje serca. Ostatecznie, przy którymś z kolei okrążeniu, sowa wypuściła list, który ściskała w pazurach i wyleciała na zewnątrz.
Margaret złapała się za serce i opadła na stojące nieopodal krzesło.
- To mnie kiedyś wykończy wymamrotała.
Ana nie zwracała już na nią uwagi. Podniosła z lekka pożółkłą kopertę, wypisaną ciemnozielonym atramentem, spojrzała na pieczęć i uśmiechnęła się.
*
Annabella, wręcz z namaszczeniem, wyciągnęła z torby gruby, oprawiony w czarną skórę, podręcznik do obrony przed czarną magią. Co jak co, ale książki to ona szanowała. Strony pachniały jeszcze świeżym papierem. Chciała się podelektować tym zapachem, lecz dobiegło ją naglące chrząknięcie.
- Co ty robisz?
Dziewczyna zmarszczyła brwi i spojrzała na siedzącego obok chłopaka. Wlepiał w nią swoje orzechowe oczy, po części zasłonięte przez zbyt długą rudą grzywkę.
- Schowaj to powiedział, trącając książkę kościstymi palcami i marszcząc przy okazji piegowaty, lekko zadarty nos.
- Czemu? spytała zaskoczona.
- Książka przyda ci się dopiero przed egzaminami. Chłopak rozsiadł się wygodniej na starym, dębowym krześle, opierając stopę na kolanie i przerzucając rękę przez oparcie mebla. Na lekcje nie noś, bo szkoda kręgosłupa.
Dziewczyna, nadal nie rozumiejąc za wiele, schowała książkę do torby.
- Pergaminu też nie wyjmuj. On wskazał głową na niskiego, siwego profesorka, piszącego coś na tablicy nie sprawdza notatek, dyktuje i wymaga tylko tego co jest w książce. Zresztą nachylił się trochę w jej stronę spójrz na innych. Machnął ręką w kierunku klasy. Widzisz by ktokolwiek robił coś związanego z lekcją?
Ana ze zdziwieniem stwierdziła, że jej towarzysz ma rację. Na żadnej ławce nie było widać podręcznika. Zajmujący ławkę pod ścianą Gryfoni, zajadali się wyniesionymi ze śniadania resztkami. Nieco dalej, jakieś Ślizgonki z wypiekami na twarzy czytały najnowszy numer Czarownicy. Annabella z niedowierzaniem pokręciła głową. To na ukończeniu takiej szkoły zależało jej dziadkom?
W tym momencie odwróciła się do nich, siedząca ławkę wcześniej, Lily Potter.
- Co Hugo ci za brednie sprzedaje? spytała z uśmiechem.
Ana była dziewczyną i może nie wypadało jej wysuwać takich opinii, ale Lily była naprawdę śliczna. Miała długie, proste i bardzo rude włosy, duże brązowe oczy, a gdy się uśmiechała, pokazywała równy rządek białych jak perełki zębów. Annabella chciałaby być chociaż w połowie tak ładna.
- Co się stało? spytał, nieco flegmatycznym głosem, chłopak, dzielący ławkę z panną Potter, zapewne jej nowy adorator. Ana zastanawiała się, co Lily w nim widzi. Był tak samo nieciekawy jak jego głos. Zresztą, imię też musiał mieć mało interesujące, bo Ana już go nie pamiętała.
- Nic odparła uprzejmie Lily posyłając mu uśmiech. Chłopak odpowiedział jej tym samym i odwrócił się ponownie w stronę tablicy.
- Uczę koleżankę życia wyjaśnił tonem myśliciela Hugo.
Lily roześmiała się i pomachała głową, a jej ruda czupryna zawirowała w powietrzu.
- Na innych lekcjach nie ma takiego luzu powiedziała, kierując spojrzenie w stronę Any. Więc jeśli chcesz odespać, zrób to teraz.
Jakiś chłopak, siedzący ławkę dalej, rąbnął sąsiada książką w głowę. Przez pomieszczenie przetoczył się tępy huk, ale profesor Stadhod nawet nie zwrócił na to uwagi i dalej pisał kredą po tablicy.
Wtedy Ana zrozumiała, co miał na myśli Hugo i spojrzała w jego stronę.
- Może partyjkę szachów? spytał chłopak z przekonującym uśmiechem, rozstawiając planszę na ławce.
*
Scorpius i Albus przemierzali szkolny korytarz, śpiesząc się na lekcję eliksirów u (jakże uroczej) pani profesor Powell. A że wszystkie możliwe drogi, prowadzące do pracowni, zapchane były przez zagubionych i z lekka przerażonych pierwszaków, nie było to łatwe zadanie. Malfoy zupełnie przypadkowo potraktował dwójkę jedenastolatków z łokcia, gdy przedzierał się przez tłum. A co, niech się młodzież uczy prawidłowego porządku!
Na szczęście w lochach było już zdecydowanie luźniej, ale też mniej przytulnie. Ciemne, kamienne i chłodne korytarze na około, mogły wzbudzać w ludziach niepokój. Ale nie w Ślizgonach, bo w końcu ich dom znajduje się w podziemiach, czyż nie? Dlatego, gdy tylko znaleźli się w tym zimnym otoczeniu, westchnęli z ulgą i rozpoczęli swoją zwyczajową, przyjacielską rozmowę, do której nie było warunków jeszcze piętro wyżej. Gdy Albus z rozbawieniem wspominał, jak godzinę wcześniej, na lekcji zaklęć, Henry Gowish całkiem miły, ale nieco nierozgarnięty Puchon podpalił niechcący szatę Anny Harris nadętej i przemądrzałej Krukonki która siedziała przed nim; ktoś im przeszkodził.
- Malfoy
- Usłyszeli za sobą.
Scorpius odwrócił się natychmiast i zmierzył chłopaka stojącego przed nim lodowatym spojrzeniem.
- Cieszę się, że podoba ci się moje nazwisko
Awallay wycedził głosem, który, gdyby mógł, zamrażałby ludzi żywcem. Ja przynajmniej mam takie, którym mogę się chwalić. Uśmiechnął się krzywo do kuzyna.
Angus Awallay, zarumienił się ze złości.
Blondyn prychnął pogardliwie w jego stronę.
- Naprawdę, dziwie się tobie zaczął. Zaczepiasz ludzi, gdy spokojnie zmierzają sobie na lekcje, a potem robisz się czerwony jak burak i nic nie mówisz. Żałosne.
Twarz Angusa faktycznie przypominała teraz wyżej wspomniane warzywo. Jednak najwyraźniej postanowił zachować spokój. Uśmiechnął się krzywo do Scorpiusa i poprawił krawat na którym znajdował się symbol Hufflepuffu.
Angus Awallay Junior był jedyną osobą do której Scorpius Malfoy żywił szczerą i gorąco odwzajemnianą nienawiść. A jeśli Albus miał być zakałą rodziny, bo trafił do Slytherinu, to Angus był zakałą do kwadratu, bo trafił do Hufflepuffu. Co gorsza, był on zakałą rodziny Malfoy'ów.
- Ja chciałem się tylko dowiedzieć jak minęły kuzynowi wakacje powiedział Puchon ze złośliwym błyskiem w niebieskich oczach.
Kolejna przykra sprawa związana z Angusem: gdyby nie kolor oczu, nikt nie posądziłby ich o bycie kuzynami, ale o to, że są
rodzeństwem. Obydwoje szczupli, bladzi i o blond włosach
No dobrze, Angus mógł być trochę wyższy od Scorpiusa. Ale tylko trochę!
- Rewelacyjnie prychnął Scorpius. Bo bez ciebie.
Do tej pory pamiętał jak dwa lata temu rodzice załatwili mu wyjazd na wakacje z tym padalcem. Po powrocie do domu wyglądał tak, jakby wrócił z wojny. Chociaż z zadowoleniem musiał przyznać, że Angus prezentował się wtedy o wiele gorzej. No ale cóż, w końcu to on tutaj jest ten piękniejszy i mądrzejszy, więc taka jego dola. Zwycięstwo miał wpisane w geny.
Angus uśmiechnął się złośliwie.
- Mam cie na oku, Malfoy! syknął, przechodząc obok i dumnie wypinając pierś z przypiętą odznaką prefekta.
Scorpius spojrzał na Albusa.
- Czy on mi właśnie zagroził? spytał w lekkim szoku.
- Wydaje mi się, że tak.
Malfoy skrzywił się..
- Nie lubię, jak ktoś mi grozi oświadczył, po czym zamilkł na chwilę, zamyślony. - Drogi Albusie zaczął znowu poważnym tonem czy mamy właśnie lekcję z tym pacanem?
Potter wyciągnął z kieszeni spodni pognieciony i zaplamiony plan zajęć (co było nie lada dokonaniem, bo miał go w końcu od ledwo trzech godzin) i z profesorską miną zanalizował słupek zajęć na dzień dzisiejszy.
- Wszystko na to wskazuje, przyjacielu odpowiedział, równie zasadniczym tonem.
Scorpius westchnął teatralnie i spojrzał na przyjaciela ze smutkiem.
- Współczuję mu powiedział. Niestety nie będę mógł przymrużyć oka na to zachowanie.
Albus ożywił się.
- Mamy jakiś konkretny plan? spytał z szerokim uśmiechem na twarzy.
Blondyn spojrzał na niego z politowaniem.
- Albusie, czy my musimy mieć jakiś plan aby być górą?
Obydwoje wyszczerzyli się do siebie w porozumiewawczym uśmiechu. I pewnie, gdyby Rose im nie przeszkodziła, objęliby się jeszcze, w zachwycie nad własnym geniuszem i jednomyślnością. Ach, ciężko jest być idealnym...
Pana Weasley podeszła i spojrzała na nich z niepokojem.
- O czymś nie wiem? spytała.
Malfoy i Potter obrzucili ją zdziwionymi spojrzeniami.
- Ja rozumiem, że Albus jest w jako takiej desperacji powiedziała, kręcąc głową. Ale Scorpius, żebyś miał zmieniać dla niego orientację
Malfoy przyjął minę mędrca.
- Rose, kochanie
Mężczyzna dla swojego przyjaciela jest w stanie zrobić wiele.
Weasley parsknęła śmiechem, otarła kąciki oczu i spojrzała na nich z rozbawieniem.
- Nie wiem, co mnie bardziej rozśmieszyło: to, co powiedziałeś czy to, że użyłeś słowa mężczyzna.
Scorpius zrobił obrażoną minę, schował ręce do kieszeni i spojrzał przed siebie. Albus skinął potakująco głową.
- Ona ma rację. Powinieneś powiedzieć worek kości zaśmiał się Potter.
- I ty przeciwko mnie? oburzył się Scorpius, podnosząc ramię na wysokość oczu. Przez chwilę badał je uważnym spojrzeniem, po czym odmierzył ilość tkanki tłuszczowej palcami. Oni się nie znają, bycie szczupłym jest przecież modne.
- Zapoznałam Annbellę z Lily i moim bratem oświadczyła Rose zmieniając temat. Uznałam, że przyda jej się jakieś towarzystwo.
Albus i Scorpius wymienili spojrzenia i wzruszyli ramionami. Malfoy wykonał już swoje zadanie. Czemu miałby się nią dalej przejmować
*
- No dobra, Potter. To będzie prymitywne, ale mam nadzieje, że efektowne mruknął Scorpius, wrzucając do kociołka trochę pokrojonych skrzydeł nietoperza.
Albus uśmiechnął się pod nosem, mieszając wywar.
- Nie wierzę, że to twój kuzyn, a taki głupi.
- Ja też nie.
Profesor Powell, która przechadzała się między stolikami uczniów obrzuciła ich ostrzegawczym spojrzeniem. Obydwoje natychmiast pochylili się nad podręcznikiem. Większość przedstawicieli płci męskiej w szkole szalała wręcz za młodą i ładną profesor od eliksirów. Jednym z jej największych zwolenników był Hugo Weasley, lecz oni, jak sami twierdzili, byli ponad tym. Powell nie robiła na nich najmniejszego wrażenia. Owszem, była nawet ładna, ale teksty którymi raczyła uczniów, a które miały być zabawne, bynajmniej takie nie były. Dlatego Scorpius i Albus uważali się za lepszych od reszty szkoły i zadawali praktycznie tylko ze sobą. Czemu mieliby przejmować się jakąś półinteligencją?
Kiedy nauczycielka odeszła, wymienili porozumiewawcze spojrzenia i skinęli głowami. Scorpius zgarnął z blatu jakąś małą fiolkę z zielonym płynem, Albus podszedł do stołu przy którym pracował Angus. Nachylił się nad jego kociołkiem i uśmiechnął szeroko.
- Co cię tak bawi, Potter? wycedził Awallay Junior.
Scorpius stanął za przyjacielem i pokręcił głową.
- Nie podoba mu się nasze towarzystwo stwierdził. Jakiś ty nieuprzejmy, kuzynie
- I pokręcił znów głową.















Comments