Rozdział I
Nina Fenfir - młoda pracownica militarnego wydziału ShinRy - zacisnęła usta w cienką linię. Skrzywiła się przed lustrem i westchnęła głęboko. Ileż to kobieta musi się namęczyć, aby wyglądać atrakcyjnie. Chociaż i tak nie było na tyle atrakcyjnie, na ile być mogło.
Nina nie mogła się poskarżyć na to, że była pięknością. No cóż, przynajmniej - jak w wypadku większości kobiet - nie dla siebie. Mężczyźni postrzegali to trochę inaczej. Ciemne włosy, dzisiaj upięte luźno z tyłu głowy mogłyby być znacznie gęstsze i mocniejsze, szare oczy znacznie większe, a cała jej figura mogłaby być zdecydowanie bardziej lżejsza. Jednak mimo to nie była ona kobietą brzydką. Czarne włosy za ramiona, delikatna, aczkolwiek o zdrowym kolorycie cera, szaroniebieskie oczy, wydatne piersi. To wszystko składało się na całkiem intrygującą całość. Oczywiście całość byłaby bardziej intrygująca, gdyby zgubiła gdzieś pięć kilo.
Nina uśmiechnęła się jeszcze raz do swojego odbicia, przez chwilę rozważała czy trzy odpięte guziki w białej bluzce to trochę za dużo, chwilę potem doszła jednak do wniosku, że nie. Poprawiła czarną spódnicę, upewniając się czy rozporek jest tam gdzie powinien i wsunęła stopy obleczone w brązowe pończochy w czerwone szpilki.
Czerwone! Nina Fenfir, jak większość kobiet, miała obsesję na punkcie butów. Nikt nie chciałby się przekonać ile ich par leżało u młodej pani inżynier w szafie.
Nina Fenfir - typowa kobieta, z tą różnicą, że biegająca ze śrubokrętem.
Dziewczyna opuściła swoją kawalerkę i udała się do windy. Odkąd zaczęła pracę w ShinRze mieszkała w budynku korporacji w małym, wręcz klaustrofobicznym pokoiku. Pokoje te przysługiwały tylko pracownikom, którzy, aby tutaj pracować, porzucili swoje miasta i przyjechali do Midgar. Nina, co prawda, mieszkała tutaj już ponad rok i miała wystarczającą ilość pieniędzy, aby się stąd wyprowadzić, ale jakoś się jej nie spieszyło. Fenfir nie chciała sobie kupić większego mieszkania, bo prawdopodobnie czułaby się w nim jeszcze bardziej samotna niż dotychczas.
* * *
Noc powoli zbliżała się nad Midgar. Ciemność wpływała między budynki, odwiedzała najgłębsze zaułki i zaglądała do jeszcze nieoświetlonych okien. Brukowe alejki powoli rozświetlały się bladozielonym światłem latarni. Na ulicach było spokojnie, tylko co jakiś czas przejeżdżał samochód świecąc reflektorami po oknach najniżej osadzonych mieszkań. Paru przechodniów przemykało się ukradkiem do domów.
Midgar miasto, które nigdy nie zasypia.
Ludzie, zamknięci w swoich domach przygotowywali się do rozpoczęcia nocnego życia. Był piątkowy wieczór, a połowa pracowników korporacji miała jutro wolne. To dawało im możliwość na trochę szaleństw i szansę skutecznej kuracji po nich w dniu następnym. Niektórzy jednak nie mieli ochoty na takie ekscesy, woleli po ciężkim tygodniu pracy pozostać w domu i oglądać w telewizji to, co zezwala ShinRa.
Odmienna atmosfera panowała w slumsach. Tam, pod zawieszoną ponad pięćdziesiąt metrów nad ziemią stalową płaszczyzną górnego miasta, toczyło się zupełnie inne życie. Nikt nie myślał o zabawach, pijaństwie czy chociażby telewizji ludzie każdego dnia walczyli o przetrwanie i ziemię, której nie chcieli porzucić. Nawet jeśli mieli prowadzić jeszcze podlejsze życie niż dotychczas.
Najbardziej żywym zakątkiem był tutaj Wall Market miejsce, w którym dostaniesz wszystko, czyli to, co w mieście kontrolowanym przez ShinRę mogło być przez tę instytucję zakazane. Mieszkańcy slumsów mieli wystarczająco kłopotów z korporacją, dlatego nie potrzebowali takich rzeczy do własnego użytku - sprzedawali je - przeważnie ludziom mieszkającym na powierzchni lub, co ciekawsze, tym pracującym w ShinRze.
Młody mężczyzna przemierzał slumsy, dłonie schował w kieszeniach, a twarz zakrył przed wiatrem i wścibskimi spojrzeniami za pomocą kołnierza płaszcza. Stanął przed pierwszym, dość mocno oświetlonym szyldem jakiegoś małego sklepu. Rozejrzał się dookoła zza cienkich szkieł okularów. Jak zwykle, bez względu na porę była tu masa ludzi. Młode kobiety ubrane w skąpe stroje w towarzystwie ochraniarzy stały przed wejściem do Honeybee Inn; przed małym obskurnym lokalem dochodziło do kolejnej bójki, a sprzedawcy ze swoich straganów nawoływali do zakupu towaru. Wszędzie było strasznie jasno; lampki, kolorowe jarzeniówki i neony migały z prawie każdej strony.
Mężczyzna mógł napawać się jeszcze dłużej tym osobliwym widokiem, ale nie posiadał wystarczającej ilości czasu ani chęci. Jeszcze dziś przed dwudziestą musiał wrócić do budynku ShinRy.
Przytrzymał jedną ręką kołnierz płaszcza i ruszył.
Mijał kolejne mocno oświetlone szyldy, małe, brudne lokale oraz grupki plotkujących ludzi, od których nie zawsze ładnie pachniało. Skręcił gwałtownie w wąską uliczkę - gorzej oświetloną i prawie pustą, nie licząc dwójki starszych, eleganckich panów pogrążonych w rozmowie. Znajdował się tutaj jeden sklep z zabitymi oknami i szarymi, przybrudzonymi ścianami, a rzeczą, która mogła wskazywać na to, że w tym miejscu można coś kupić był drewniany i nieco podgniły szyld postawiony przed wejściem. Mężczyzna wyminął dwóch panów, którzy pozdrowili go skinieniem głowy, gdy przechodził; odpowiedział im tym samym i wszedł do sklepu.
W środku panował półmrok; pod ścianami stały zniszczone, drewniane regały dosłownie uginające się pod ciężarem zakurzonych, niepierwszej nowości ksiąg, książek, tomisk i zeszycików. Stojący w rogu, nieco łysiejący szczupły mężczyzna w ciemnym, spranym garniturze uśmiechnął się do gościa jak do dobrego znajomego.
Mężczyzna pozdrowił go tylko ruchem głowy i bez zastanowienia ruszył w stronę pierwszego, znajdującego się po lewej stronie od wejścia regału. Wodził wzrokiem po tytułach, co jakiś czas nerwowo zerkając w stronę swojego nadgarstka, aby sprawdzić czas. Musiał się spieszyć, nie chciał, aby ktokolwiek zauważył jego chwilowe zniknięcie. Mężczyzna przeleciał spojrzeniem po czterech innych półkach, aż w końcu natrafił na to, czego szukał.
Była to stara, mocno zniszczona, na oko stustronicowa książka w czarnej oprawie, z wytartym i przyblakłym tytułem na przedzie. Mężczyzna wyciągnął z regału jeszcze dwa inne tomy i podszedł do jegomościa w garniturze. Ten stał już za zakurzoną kasą i uśmiechał się promiennie, uradowany tym, że zaraz zarobi. Mężczyzna zapłacił i pospiesznie opuścił sklep. Na uliczce nie było już dwóch starszych panów, za to miejsce zdążyło jeszcze bardziej ściemnieć.
Schował rękę, w której trzymał książki za pazuchę płaszcza i przyspieszając kroku opuścił uliczkę. Wypadł prosto na Wall Market i zmrużył oczy - światło pomarańczowych jarzeniówek z szyldu jakiejś gospody go oślepiło. Zatrzymał się na chwilę, rozejrzał, a później ruszył do przodu, aby jak najszybciej opuścić slumsy.
* * *
Kiedy ów człowiek szybkim krokiem opuszczał slumsy, na planecie była jedna osoba, która wiele by oddała, aby anonimowo, bez zbędnych spojrzeń zejść w tamto ponure miejsce. Lecz bynajmniej nie dla zakupów.
Rufus Shinra stał wyprostowany i zimnym spojrzeniem patrzył na przemykających w dole ludzi. Uśmiechnął się do siebie pod nosem. Biedne, biedne małe mrówki, które kotłują się w tym trybiku tylko po to, aby jego ojciec zbierał kolejne miliony.
Nagle zmrużył oczy, odgarnął palcami żaluzję. Młody blondyn w czarnym płaszczu wszedł właśnie do budynku korporacji. Uśmiechnął się pod nosem. Najwyraźniej Lazard wrócił ze swojej wyprawy.
* * *
Kierownik SOLDIER siedział przy swoim biurku, smętnie opierając głowę na prawej ręce. Przed nim, na metalowym blacie leżał jego zegarek. Mężczyzna wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem. Chciał, żeby skończyła się jego zmiana, bo książka, którą kupił w slumsach nie dawała mu spokoju. Nie miał czasu się jej dokładnie przyjrzeć. A było czemu
Był to prawdziwy unikat, którego informacje dostępne były tylko w bibliotekach na pięćdziesiątym trzecim piętrze budynku ShinRy, rzecz nie do wyniesienia poza budynek. Ów książeczka zawierała notatki, plany budowy reaktorów Mako oraz parę mniej lub bardziej ważnych notatek związanych z budową miasta. Musiała zapewne należeć do któregoś z architektów pomocniczych, inżynierów nadzorujących projekt budowy albo po prostu jakiegoś wielce zainteresowanego robotnika.
Tak czy owak, jego informator się nie mylił, książka znajdowała się tam gdzie powinna i kupił ją bez większego problemu. No, oczywiście o ile do tych problemów nie wliczyć ceny ów małego tomiska, bo ta faktycznie była porażająca, ale dla bardzo dobrze zarabiającego, samotnego kierownika SOLDIER była do zaakceptowania.
Lazard nie potrzebował tej książki do własnych celów. Chociaż po części może tak, ta mała książeczka miała być fragmentem jego zemsty na ShinRze, a dokładniej na jej szefie. Przyczyna chęci tego rewanżu była taka sama, jak przyczyna, przez którą nie mógł on uczestniczyć w naradzie.
Lazard miał zamiar jeszcze tego wieczoru przejść się do slumsów pod sektorem siódmym, gdzie, jak wiadomo, już od pewnego czasu mieściła się siedziba Avalanche, i porzucić tam książkę, licząc ślepo na to, że organizacja odnajdzie ją i wykorzysta do odpowiednich, sabotujących pracę ShinRy celów.
Lazard pokręcił głową i odwrócił wzrok od tarczy zegara. Postanowił wziąć się do pracy. To zabawne, ale starał się wszystko zrobić w miarę swoich możliwości jak najlepiej, nawet jeżeli miało to działać na korzyść jego znienawidzonego ojca. Zresztą to chyba było jedyne wyjście, aby w pełni bezpiecznie sabotować pracę korporacji. Nikt przecież nie będzie podejrzewał o dywersję najlepszego pracownika ShinRy.
Wklepywał właśnie dane nowych żołnierzy do komputera, kiedy usłyszał dzwonek windy, a chwilę później stukot obcasów na metalowej powierzchni podłogi.
Mężczyzna podniósł wzrok znad komputera.
W drzwiach stała Nina Fenfir z niebieską, papierową teczką w ręce.
Nina Fenfir była jednym z dyrektorów wydziału zbrojeń ShinRy i pewnie jak zwykle zmierzała do niego z co tygodniowym raportem.
Lazard lubił Ninę, oczywiście na ten specyficzny sposób w jaki lubi się osoby, o których wie się, że tylko gdzieś istnieją. Bo tak naprawdę Fenfir była przy nim jakoś dziwnie małomówna, a Lazard słyszał o niej akurat wiele interesujących rzeczy świadczących o tym, że jest ona bardzo barwną osobą. Jednak jakimś dziwnym trafem nie znajdowały one odzwierciedlenia w ich wspólnych kontaktach.
Nina uśmiechnęła się trochę niepewnie i weszła do gabinetu.
- Pański raport powiedziała, podsuwając mu na biurko teczkę.
Lazard sięgnął po dokumenty i przejrzał ich zwartość nieco leniwym wzrokiem.
- Wszystko w porządku? - spytała Nina.
- Słucham? - Lazard uniósł brwi.
- Z dokumentami - speszyła się Fenfir.
Mężczyzna pokiwał głową. Zamknął teczkę i odłożył ją na biurko.
- To wszystko?
Nina przytaknęła.
- Dziękuję.
Kobieta pospiesznie wstała z krzesła.
- Proszę. - Chwilę po tych słowach prawie że biegiem opuściła jego gabinet.
* * *
Nina złożyła rzeczy w kosteczkę i schowała do szafy.
Ubrana w cienką sukienkę nocną usiadła na łóżku, zerkając za okno. Miała stąd dobry widok na wyjście z korporacji. Sięgnęła po szczotkę i zaczęła czesać włosy. Westchnęła. Widziała wychodzące z budynku przytulone do siebie pary.
To było w pewnym sensie dla niej głupie i niedorzeczne, ale też by tak chciała. Szczerze, to zawsze traktowała miłość jak piąte koło u wozu na drodze do idealnego i spełnionego życia. Miała kiedyś chłopaka, owszem, to była wielka miłość, mimo że na taką nie wyglądała. Można powiedzieć, że wtedy Nina znalazła sobie partnera idealnego, który ją kochał (a przynajmniej tak mówił), troszczył się o nią i, co najważniejsze, nie był nachalny ani nie stawał na jej drodze do kariery. A ona, no cóż, traktowała go tak samo, a przynajmniej jej się tak wydawało.
Dwa lata temu się rozstali. Z jej winy.
Zdała sobie wtedy sprawę, że on poświęcał jej swój czas, służył pomocą, a ona? Gdy on miał problem, mówiła, że przyjdzie, a nie przychodziła, bo wypadło jej coś innego. Teraz rozumiała, że tak naprawdę go wcale nie kochała.
Spojrzała przez okno. Właśnie któryś z Turksów wychodził oblegany przez tabun sekretarek.
Och, wszyscy naokoło się dobrze bawią, a ona?
I wtedy wyszedł on. W ciemnoszarym, długim, jesiennym płaszczu. Wyglądał tak zwyczajnie, a jednocześnie przez to tak uroczo, że miała ochotę zapiszczeć. Na szczęście to pragnienie powstrzymała.
Przykleiła nos do szyby i odprowadziła go wzrokiem.
* * *
Rufus Shinra uśmiechnął się i odprowadził Lazarda wzrokiem. Nie tylko Nina mu się przyglądała. Wiceprezes korporacji ShinRa również miał na niego oko.
Rufus odwrócił się od okna. Do pokoju weszła młoda Turczynka. Cissnei rozejrzała się po pomieszczeniu. Shinra wskazał jej krzesło stojące przy stole. Dziewczyna usiadła, Rufus rzucił jeszcze raz okiem za okno i usiadł naprzeciw niej.
- Lazard Deusericus powiedział, składając ręce na stole.
Cissnei uniosła brew.
- Dyrektor SOLDIER? - spytała niepewnie.
Rufus skinął głową.
- Chyba nie rozumiem... - Przekręciła się nerwowo.
Rufus pochylił się w jej stronę.
- Chcę wiedzieć o nim wszystko - powiedział.
- Wszystko? - upewniła się Cissnei. - Przecież możesz... przecież może pan zajrzeć do akt pracowników, tam są wszystkie informacje.
Rufus westchnął i wyciągnął spod sterty papierów leżących na stole jasnoniebieską teczkę.
- Myślisz, że tego już nie zrobiłem? - spytał.
- No to nie wiem, czego pan szuka.
- Wszystkiego! - krzyknął z naciskiem. Wstał i zaczął obchodzić stół naokoło. - Muszę wiedzieć o nim wszystko! Znać wszystkie nawyki, przyzwyczajenia... Wiedzieć z kim się spotyka! Każdy, chociaż najmniej ważny szczegół!
Cissnei zszokowana kiwnęła głową.
- Zrozumiałam. - Wstała od stołu.
Postacie jak i fabuła Final Fantasy VII nie należą do mnie...














Comments
--
"If you like our music, God bless you! If you don't like our music... God bless you, too"
~~ Janick Gers.
*Final Fantasy VII Fanfic - [link]
--
"If you like our music, God bless you! If you don't like our music... God bless you, too"
~~ Janick Gers.
*Final Fantasy VII Fanfic - [link]
- odmienianie słowa SHIN-RA,
- tłumaczenie Turks na Turek ;___;
Reszta, gdy fik się rozkręci.
--
Przecież i tak rozmawiamy o rozdziałach na gg xD
Powiem tak - lubię Ninę, a o Rufusie już mówiłam... ma oko na Lazia... XD
Zaraz to sprawdzę.
(To już w sumie napisałam rok temu i tak sobie leży, więc...)
--
"If you like our music, God bless you! If you don't like our music... God bless you, too"
~~ Janick Gers.
*Final Fantasy VII Fanfic - [link]
--
--
"If you like our music, God bless you! If you don't like our music... God bless you, too"
~~ Janick Gers.
*Final Fantasy VII Fanfic - [link]
Previous Page12Next Page