Rozdział II
- Łączyła nas przyjaźń i nic więcej odpowiedział.
Vera uśmiechnęła się pod nosem.
- Przyjaźń? Dlaczego podkreślasz tak dobitnie, że tylko to?
Nie odpowiedział. Kobieta pokręciła głową.
- Powiedzmy, że uzyskałam odpowiedź na drugie pytanie. Czekam aż powiesz mi, dlaczego wyjechałeś.
Shinra westchnął. Wiedział, że mu nie odpuści. Jeśli nie dowie się dzisiaj, zrobi to kiedy indziej bądź wydusi podstępem.
- Miałem przejść operację skłamał. Tak naprawdę powody były zupełnie inne.
Vera uniosła idealnie wyregulowaną brew.
- Ręka? spytała.
Mężczyzna przytaknął.
- Nadal nie rozumiem, musiałeś wyjechać aż tak daleko? Nie mogłeś komuś powiedzieć?
- Chciałem być sam.
Vera pokiwała głową.
- No tak powiedziała męska duma. Ale chyba nie doszło do tej operacji?
- Nie.
- Rozumiem. Chociaż nie, nie rozumiem. Kręcisz. Rufus, wiesz, że zawsze uważałam cię za mądrego dzieciaka. Co prawda cierpiałeś na przyrost ambicji nad formą jej realizacji, ale i tak na swój sposób byłeś rozsądny. To dlatego nie wnikałam w twoje wychowanie. Chociaż przyznam, że czasami mnie przerażałeś.
Rufus uśmiechnął się pod nosem. Na kamiennym chodniku przed ich stopami zaczęły rozpryskiwać się pierwsze krople deszczu. Vera przystanęła i spojrzała na niego uważnie. Shinra wiedział, że za chwilę nastąpi koniec tej rozmowy.
- Za jakiś czas będę musiała wrócić do Kalm, nie mogę tu zostać, choć chciałabym. Wiesz dlaczego? Bo żal mi Hany. Teraz obejmie całkowitą prezesurę, trochę obawiam się czy sobie z tym poradzi.
Nie tylko ty powiedział sobie w duchu na myśl o wszystkich akcjonariuszach i udziałowcach, którzy mogą stracić swoje pieniądze przez jedno niewłaściwie posunięcie panny Valentine.
- Chcę, żebyś obiecał mi, zaczęła że jej pomożesz, gdy zaczną się jakieś problemy.
Rufus westchnął i odwrócił się od rozmówczyni na chwilę.
- Rufus
wiem, że mogę ci zaufać powiedziała z naciskiem. Chociaż wiesz doskonale, że nie użyłabym tych słów trzy-cztery lata temu. Zmieniłeś się i wiem, że nie chcesz wpakować się w żadne problemy.
- Mogę się zastanowić? spytał, odwracając się w jej stronę.
Vera westchnęła.
- Nie wiem od kiedy potrzebujesz czasu do namysłu, ale dobrze. Daję ci go do momentu mojego wyjazdu, ale oczekuję, że odpowiesz mi wcześniej.
- Dobrze.
Postali jeszcze przez chwilę, a kiedy zaczęło mocniej padać, Vera udała się pospiesznie do swojego samochodu. Rufusowi się nie spieszyło, ruszył trochę leniwym krokiem w stronę domu Niny, gdzie na nieszczęście dane mu było nocować przez jeszcze jakieś dwa dni, czyli okres, w którym sprzątaczki będą przywracały jego mieszkanie do stanu używalności. Co prawda mógłby zamieszkać w hotelu, ale nie chciał narażać się na ten cały szum związany z jego powrotem.
Kiedy znalazł się dwie przecznice od domu Niny, usłyszał dźwięk dzwonka. Odruchowo sięgnął po telefon. Musiał przyznać, że trochę zdziwiło go nazwisko na wyświetlaczu, chociaż w sumie nie powinno. Odebrał.
- Słucham?
- Chcę się spotkać odparł mu głos Hany.
Zmarszczył brwi. Nie lubił trybu rozkazującego. Czy mógł odpowiedzieć, że nie chce? Albo, że zwyczajnie nie może? Nie, bo tu nikt nie pytał go o zdanie
Co za świat.
Hana podała mu godzinę i miejsce spotkania, po czym bez zbędnych ceregieli rozłączyła się. Rufus szybkim krokiem ruszył w stronę mieszkania Niny. Kiedy znalazł się już na miejscu, wcale nie zdziwił się, gdy drzwi były otwarte tak jak je zostawił. A Nina, mimo że dochodziło wpół do jedenastej, spała w najlepsze. Nie była typem śpiocha, po prostu położyła się nad ranem. Rufus usiadł na krześle koło jej łóżka i czekał, aż siła jego spojrzenia zakłóci jej spokojny sen. Jego wzrok musiał być naprawdę pełny czegoś złowrogiego, bo Nina zbudziła się po jakichś trzech minutach i spojrzała na niego niespokojnie.
- Coś się stało? wychrypiała.
- Spotkałem się z Verą odpowiedział.
- Ooo uniosła się na łokciach, wyraźnie zainteresowała się tematem. Miałeś spotkanie z mamusią? Czego chciała?
Wzruszył ramionami.
- Niczego specjalnego.
Nina spojrzała na niego podejrzliwie, ale nic nie odpowiedziała.
- Za to
- dodał po chwili zadzwoniła do mnie Hana.
Nina uśmiechnęła się i prawie wyskoczyła z łóżka.
- I co? zapytała, lekko podekscytowana.
Rufus na chwilę się wyłączył, skupiając wzrok na tym, co miała na głowie. Budził się z wieloma kobietami, ale żadna nie miała rano fryzury przypominającej potargany i rozczochrany stóg siana
niesamowite. Kiedy się już otrząsnął, spojrzał na nią pytająco, bo przez to niezwykłe odkrycie zupełnie zapomniał czego dotyczyła rozmowa.
- Po co zadzwoniła do ciebie Hana? spytała ponaglająco Nina.
Wzruszył ramionami.
- W sumie po nic.
Nina zrobiła zmartwioną minę i opadła z głuchym hukiem na poduszki. Rufus stwierdził, że musi ją pocieszyć w końcu jest dżentelmenem.
- Umówiłem się z nią odpowiedział.
Nina odwróciła się, spojrzała na niego i sugestywnie poruszyła brwiami.
* * *
Rufus powoli szedł uliczką. Był późny, ciepły i bardzo parny wieczór. Nie było zbyt wielu ludzi na ulicach. Jeśli już, to byli to ci, którzy spieszyli się do domów bądź grupki nastolatków szukających jakiegoś miejsca do zabawy. I pomyśleć, że on w ich wieku siedział grzecznie w domu i obmyślał strategię rządzenia przyszłą firmą.
Hana siedziała przy jakimś murku na ławeczce. Nie trudno było ją zauważyć; ubrana była w wyróżniającą się z tłumu malinową, lecz prostą sukienkę na szerokich ramiączkach i buty na obcasie. Oczywiście obowiązywała przepisowa długość do kolan. Wyglądała tak jakby zaraz miała wybrać się na jakiś bankiet lub ewentualnie do biura, czyli tak, jak na co dzień wyglądają ludzie z dużą kasą. No cóż, miała do tego prawo, które na dodatek jej służyło. Prezentowała się tak o wiele lepiej niż w za dużym, luźnym garniturze Turksa, w jakim ją zapamiętał. Jednak Rufus doskonale wiedział, że osoba, która pomagała wybrać jej dzisiaj ubranie wolałaby, aby sukienka była zdecydowanie krótsza.
Przez chwilę stał i przyglądał się jak Valentine ze zdenerwowaniem miętosi jakąś kartkę w dłoniach. Domyślał się, że to spotkanie ma dotyczyć tego właśnie maltretowanego kawałka papieru. Ale bądź co bądź na pewno będzie chciała wiedzieć dlaczego wystawił ją kilka miesięcy temu do wiatru. Bajeczka z operacją to nie było żadne usprawiedliwienie, nie kupi jej zważywszy, że całkowicie ją sobie wymyślił. Nie było, ani nie miało być żadnej operacji. Skłamał. Chciał po prostu trochę spokoju. A to, że przedłużyło się to prawie do pięciu miesięcy
no cóż, to jego wina, bo nie przewidział, że zalewanie się w trupa może być tak wciągającym zajęciem.
Schował ręce do kieszeni spodni i przeszedł przez ulicę. Znowu liczył na to, że Hana była nafaszerowana lekami uspokajającymi. Chociaż z drugiej strony nie chciał jakiejś płaczącej sceny w środku miasta. Stanął jakiś metr przed nią, dziewczyna podniosła na niego zielone oczy. Zmarszczyła brwi, a potem zilustrowała go od stóp do głów.
- Zmieniłeś styl? spytała, unosząc brew.
Faktycznie, zrezygnował dzisiaj z bieli koloru utożsamiającego bogaczy. Za to popadł w odwrotną skrajność ubrał się cały na czarno. Buty, spodnie, koszula, marynarka, krawat wszystko czarne, różniące się od siebie tylko tkaniną i ewentualnie fakturą. Tak, postanowił się dzisiaj zjednoczyć z plebsem.
- Człowiek musi się zmieniać odpowiedział, poprawiając sobie teatralnym gestem włosy.
Miał wrażenie, że Hana prawie się uśmiechnęła. Nie jest źle, może jeszcze uda mu się to przeżyć. Drugi plus jest taki, że póki co nie zauważył, aby dało ukryć się w tej sukience jakieś przedmioty wywołujące rany cięte, kłute bądź postrzałowe dobry znak.
- Gdybym nie była na ciebie śmiertelnie obrażona to stwierdziłabym, że wyglądasz lepiej podniosła się z ławki.
Tak, jego urok działał na wszystkich. Jeśli aktualna sytuacja ma się tak dobrze, to może gdyby poluźnił krawat, rozpiął ze dwa guziki koszuli i włączył swój szelmowski, dwustuwatowy uśmiech, to kto wie
może jeszcze tego wieczora wylądowaliby w łóżku. Musiał sobie przyznać jedno, naprawdę był niesamowity.
- Przyznaj się zaczął chciałaś użyć innego słowa, bo lepiej nie opisuje w pełni tego, co widzisz przed sobą
Hana przerzuciła oczami.
No dobra, może nie wylądowaliby dzisiaj w łóżku, ale na kanapie zdecydowanie.
Rufus podał jej ramię. Hana niechętnie, ale wsunęła pod nie rękę. Szczerze powiedziawszy to nie chciał tego robić, ale niestety tego wymaga kultura względem osób na podobnym poziomie finansowym (przez ludzi niepoważnych nazywany statusem). Co prawda majątek Hany nie może się w żaden sposób równać z jego fortuną, ale gdyby patrzeć na to przez taki pryzmat, to Rufus byłby jedynym bogaczem na planecie, a reszta bez wyjątku biedakami. Inni nadal mogą próbować dorobić się takiej ilości zer na końce
no właśnie, niech próbują.
Poszli wolnym krokiem wzdłuż ulicy. Rufus musiał przyznać, że zaczynało go to denerwować. Po co chciała się z nim spotkać? By się razem przespacerować? Liczył na raczej prosty obrót spraw, że się spotkają, pogadają, ona mu powie czego chciała i tyle. W grę nie wchodziły romantyczne spacery środkiem miasta. Drogie panie, za to się płaci!
- Chcę ci coś wyjaśnić zaczęła, nie zwalniając kroku. Gdyby nie karmili mnie tymi tabletkami to z wielką chęcią strzeliłabym ci kilka razy w twarz i zrobiła parę scen. Rufus uśmiechnął się. Ale dlatego, że w pewnym sensie nie jestem sobą, daruję sobie takie ekscesy. Zresztą, dyrektorowi banku nie wypada. Rufus miał wrażenie, że to ostatnie zdanie powiedziała z jakimś smutkiem, ale nie zareagował, w końcu to nie jego sprawa.
- Cieszę się odpowiedział. Już na wszelki wypadek ostrzegłem mojego lekarza, że mogę się zjawić.
- Co mu powiedziałeś?
- Że mogę mieć jakieś niezbyt głębokie rany kłute, już głębsze cięte, że mogę mieć ślady pobicia i ewentualnie jakieś po podduszeniu bądź podpalaniu.
Tym razem Hana uśmiechnęła się naprawdę.
Rufus przystanął.
- I widzisz jaki jestem uroczy?! A ty do mnie od razu z pazurami! zakrzyknął z udawanym przejęciem. Takim ludziom jak ja wybacza się wszystko.
Dziewczyna nie odpowiedziała.
Rufus zauważył, że nadal ściskała w lewej ręce ten zgnieciony kawałek papieru. Musiał przyglądać się mu przez dłuższą chwilę, bo Valentine zauważyła jego spojrzenie i bez słowa poddała mu kartkę.
Papier był kiepskiej jakości, pognieciony i pozadzierany na bokach, ale to już zapewne w wyniku miętoszenia kartki przez Hanę. Czarnym atramentem zapisane były jakieś koślawe, niestaranne zdania. Przeczytał. Kiedy skończył, spojrzał uważnie na dziewczynę.
- Ktoś ci grozi? spytał.
Valentine bez słowa pokiwała głową. Rufus złożył kartkę i schował do kieszeni. Przez chwilę myślał nad rozwiązaniem.
No cóż, to było normalne. Ba! Nawet można się było tego spodziewać. Kiedy przejmuje się tak wysokie stanowisko, zawsze towarzyszą temu podobne zagrywki. Jemu też grozili na początku, jednak on miał Turksów, więc było łatwiej. Z tym, że tu nie chodziło o niego, ale o Hanę, ona nie tylko nie miała własnej ochrony, ale też instytucja, na której czele miała stanąć miała zupełnie inny charakter niż ShinRa.
- Kiedy to dostałaś? zapytał.
- Przedwczoraj wieczorem odpowiedziała.
No tak, stąd to pytanie na pogrzebie o numer telefonu.
- Uznałam, że tylko ty mógłbyś mi pomóc
- wymamrotała, wbijając wzrok w swoje buty. W sumie ucieszyłam się, gdy zobaczyłam cię tam na cmentarzu.
Rufus zmarszczył czoło. Ucieszyła się? Jakoś nie zauważył. No, chyba że popłakała się ze szczęścia.
- Jeśli odmówisz, no to jasne, zrozumiem. Ale nie wiem czy pamiętasz, że pół roku temu obiecałeś mi coś. Nie dotrzymałeś słowa. Rufus mógł przysiąc, że słyszy dawną, denerwującą i pewną siebie Hanę. Więc chociaż teraz mógłbyś się popisać. Chyba że znowu zamierzasz uciec. W ostatnim zdaniu zdecydowanie wychwycił nutkę złośliwości.
Uśmiechnął się.
- Nie. Nie zamierzam.
Hana udała zaskoczenie i przyłożyła sobie ręce do piersi.
- Jestem zaszczycona! krzyknęła, prawie wykonując ukłon. Nie udało jej się to tylko dlatego, że obcasy okazały się za mało stabilne do takich celów. Prawie przewróciła się do tyłu. Rufus odruchowo złapał ją za róg sukienki.
- Nie do końca ogarniam od czego zależy utrzymywanie równowagi w takich butach powiedziała lekko zmieszana, ustawiając się do pionu.
Rufus nie skomentował. Myślał o kartce, która spoczywała w jego kieszeni. W sumie nawet nie wiedział czy warto coś w tej sprawie zrobić. Równie dobrze może to być jednorazowy incydent, który nie będzie miał więcej miejsca.
- Co do tych gróźb
- zaczął powoli poczekałbym na kolejne, o ile takie nastąpią.
Hana pokiwała głową.
- Też racja
Zapanowała niezręczna cisza. Hana odruchowo zaczęła wyłamywać palce u rąk ze zdenerwowania. Rufus znieruchomiał i wpatrywał się w przestrzeń przed sobą. Stali tak przez chwilę, aż do momentu, gdy Shinra uświadomił sobie, że nie padło jeszcze to pytanie, nad którego odpowiedzią myślał idąc na spotkanie. Uśmiechnął się pod nosem i stwierdził, że należy się jak najszybciej ewakuować.
- Muszę iść powiedział. Nina nie wpuści mnie, jeśli przyjdę po jedenastej. Naprawdę starał się przybrać poważny ton głosu, ale średnio mu to wychodziło.
Hana spojrzała na niego dziwnie. Pożegnali się. Rufus przez chwilę patrzył jak Valentine odchodzi w przeciwnym kierunku. Powinien ją odprowadzić, jak na dżentelmena przystało. No ale cóż
Tak naprawdę wcale nie był takim dżentelmenem.
* * *
Dobrze, że Nina o tym nie wiedziała.
Wszedł do pokoju i podsunął sobie krzesło, ustawiając je koło jej biurka. Zrzucił z niego potem delikatnie jakąś nieokreśloną część damskiego ubrania i usiadł. Nina nawet nie zwracała na niego uwagi zajęta stukaniem w klawiaturę.
- Potrzebuję jednego technika, informatyka, speca od monitoringu i wszelkiego rodzaju pluskw, poza tym jakiegoś dobrego lekarza do korporacji
no i wypadałoby sprowadzić na stałe do Midgar paru Turksów
- wypalił.
Nina odwróciła wzrok od monitora i zerknęła na niego uważnie zza okularów. Przez chwilę wyglądała tak, jakby trawiła informacje, a następnie na znak, że operacja została zakończona uniosła brew.
- Słucham? spytała.
Rufus wzruszył ramionami.
- Zamierzam tchnąć w korporację trochę świeżego powietrza.
Nina nie ukrywała swojego zaciekawienia. Oparła głowę na dłoni i spojrzała na niego uważnie.
- Mam ci pomóc?
- Z lekarzem poradzę sobie sam, z Turksami też
ale sprawy techniczne to twoja działka.
Nina prawie dumnie wyprostowała się na krześle.
- Już ci kogoś znajdę
- powiedziała, uśmiechając się.
W tym momencie zaczął się zastanawiać czy na pewno zrobił dobrze prosząc ją o pomoc. Fenfir w pewnym sensie jest nieobliczalna
Już miał się z tego jakoś wykręcić, kiedy zadzwonił telefon Niny. Kobieta spojrzała na wyświetlacz, a następnie rzuciła dziwne spojrzenie Rufusowi. Shinra uniósł pytająco brew, lecz nie uzyskał odpowiedzi, bo Nina odebrała.
- Co się stało? spytała. Przez chwilę milczała, słuchając. Rufus obserwował jak z każdą sekundą zmienia się wyraz jej twarzy ze spokojnego i rozbawionego do lekko przerażonego. Uspokój się. Ale nic ci nie jest? To dobrze. Spokojnie. Tak. Nie, nie bój się. Popatrzyła na Rufusa. Jutro się spotkamy, tak? Dobrze, nie martw się. Cześć. Odłożyła telefon.
Shinra spojrzał na nią pytająco.
Nina westchnęła i spojrzała na niego z kwaśną miną.
- Ktoś napadł Hanę powiedziała.
* * *
Rufus siedział i patrzył na ten bajzel, jednak wcale nie czuł się winny. Wcale. Prędzej czy później i tak by się to stało czy dopilnowałby, że trafiła bezpiecznie do domu, czy też nie. To naprawdę nie była jego wina. Koniec i kropka.
Hana siedziała naprzeciw niego, obok Niny, ubrana w szpitalną piżamę, a i jakimś cudem udało jej się spiąć krótkie włosy tak, by nie opadały niewygodnie na twarz. Została całkiem mocno poturbowana. Miała parę siniaków i zadrapań na rękach i nogach, dodatkowo na lewej stłuczone kolano. Powierzchownie można było stwierdzić, że po prostu nieszczęśliwie upadła. Jedyne, co mogło wskazywać na trochę mniej błahą sprawę było kilka zadrapań koło lewej skroni oraz z lekka napuchnięty policzek. Miała jeszcze złamane dwa żebra, ale nie zauważył tego przecież od razu, bo nie rzucił się jej pod bluzkę.
Rufus miał co prawda mieszane uczucia, gdy ją pierwszy raz zobaczył, bo nie wyglądała tak strasznie jak się spodziewał, ale kiedy zaczął słuchać o tym co się stało, to nie miał wątpliwości Hana nie wywróciła się na chodniku. Ktoś zadał jej ból fachowo, tak, aby zostawić jak najmniej śladów. Zresztą, jak się okazało, większą część siniaków i otarć narobiła sobie sama, kiedy usiłowała wracać do domu.
Nina przytuliła Hanę, a Rufus przewrócił oczami. Od kiedy nagle Ninie zachciało się nawiązywać z Valentine jakiekolwiek przyjacielskie relacje? Prawda była taka, że Fenfir wcale tak bardzo nie przepadała za Haną, ale najwyraźniej ta o tym nie wiedziała, bo całkiem na serio odwzajemniła uścisk.
Rufus ponownie przewrócił oczami. Gdyby chciał oglądać takie sceny, poszedłby gdzie indziej
a i dziewczyny byłyby lepsze.
Wyszedł z lekka zdegustowany z pomieszczenia. Chciał opuścić szpital, ale w tym momencie przypomniał sobie, że miał coś jeszcze do załatwienia. Bez zastanowienia skierował się windą na drugie piętro. Kiedy przechodził korytarzem, parę mijających go pielęgniarek obejrzało się. Rufus nie zwrócił na to uwagi, zapukał do drzwi znajdujących się po prawej stronie na końcu korytarza. W odpowiedzi usłyszał Proszę i wszedł.
W małym gabinecie siedział za biurkiem lekarz około sześćdziesiątki. Posiwiały, w białym kitlu i w cienkich okularach. Na widok Rufusa uśmiechnął się, podniósł z krzesła i podał mu rękę. Shinra odwzajemnił gest i obaj usiedli.
- Coś z ręką? spytał mężczyzna.
Rufus pokręcił głową przecząco. Doktor Hamilton był jedynym lekarzem, który zgodził się udzielić mu pomocy po tym, jak udało mu się wydostać z walącego się budynku korporacji. Każdy inny lekarz bał się bądź co jest bardziej prawdopodobne nie chciał się nim zająć. Teraz była to jedyna osoba znająca się na medycynie, której Rufus ufał. Zresztą kwota, którą płacił za to zaufanie nie należała do najmniejszych.
- W takim wypadku, czemu zawdzięczam tę wizytę? Spytał, lekko odchylając się w fotelu i mierząc prezesa ShinRy uważnym wzrokiem.
- Potrzebuję lekarza do korporacji odpowiedział Rufus.
Hamilton zamyślił się na chwilę i pokiwał głową.
- Rozumiem. Chodzi o kogoś konkretnego
z mojego oddziału?
Rufus pokręcił głową.
- W sumie myślałem o panu
Hamilton rozsiadł się wygodnie w fotelu i uśmiechnął.
- Schlebia mi to, ale jestem już za stary na takie eskapady
- stwierdził.
Rufus skrzywił się na moment. No to mamy niespodziewany problem
- Ale znam chyba kogoś, kto będzie się nadawał - zaczął Hamilton. Jest to, co prawda, osoba dość młoda, ale wydaje mi się, że wystarczająco doświadczona. Wyciągnął z biurka karteczkę, na której chwilę później zapisał nazwisko.
Rufus odebrał kawałek papieru i schował do wewnętrznej kieszeni marynarki. Potem jeszcze przez chwilę porozmawiali, głównie o możliwości odzyskania pełnej sprawności w jego prawej ręce. Skrzywił się. Ile jeszcze miało to trwać?
Pożegnali się i opuścił gabinet.
Postacie jak i fabuła Final Fantasy VII nie należą do mnie...













Comments
Rozdział był ciekawy, nawet jeżeli długo czytałam (xD) to przyjemnie się to robiło. Poprawiłas się xD
--
"If you like our music, God bless you! If you don't like our music... God bless you, too"
~~ Janick Gers.
*Final Fantasy VII Fanfic - [link]
--
"If you like our music, God bless you! If you don't like our music... God bless you, too"
~~ Janick Gers.
*Final Fantasy VII Fanfic - [link]
--
"If you like our music, God bless you! If you don't like our music... God bless you, too"
~~ Janick Gers.
*Final Fantasy VII Fanfic - [link]
Previous PageNext Page